Jantar poza sezonem, to jest to!


Pierwszym czynnikiem skłaniającym mnie do wyjazdu była ucieczka przed rozdmuchaną imprezą sylwestrową i niekończącą się kanonadą fajerwerków.

Początkowo wyjazd miał być na dwa dni, tak by uciec przed hałasami i petardami rzucanymi pod nogi i łapy. Następnie wyobraziłam sobie korek przed wjazdem do Warszawy i tłum na drogach z wracającymi, jak my, z wyjazdów imprezowiczami i urlopowiczami. W ten sposób wyjazd wydłużył się o dwa dni. A na koniec, zgodnie z Mamą stwierdziłyśmy, że nie będziemy jechały w sobotę, tylko wyjedziemy sobie już w piątek, po śniadaniu co by nad morzem być zanim się ściemni. No dobra, to nie wyszło (:P), ale nie z mojej winy! Ja w piątek już nie pracowałam. 😛

Dlaczego Jantar, zapytacie?

Jantar poza sezonem pokochałam w maju zeszłego roku, kiedy to pojechałam do Mamy na długi majowy weekend odpocząć. Cisza, ćwierkanie ptaków, kilometry ścieżek w lesie, prawie pusta plaża, świeża, smażona ryba lub zupa rybna i gofry, które mają najwspanialszy smak tylko nad morzem. To było to czego potrzebowałam! A ponieważ tak dobrze wspominałam tamten wyjazd, to oczywistym dla mnie było, że na urlop uciekniemy z Freyą właśnie tam.

Ale żeby już nie zanudzać i za bardzo się nie wywodzić, przejdę do tego co Was najbardziej może zainteresować. 😉

Znalazłyśmy bardzo fajne psiolubne miejsce na nocleg. W sezonie nie dla nas, bo jest przy głównej ulicy, więc trzeba się liczyć z różnymi hałasami. Jednak poza sezonem to miejsce jest idealne. Blisko plaży, rzut beretem do lasu, a na terenie oprócz nas były jeszcze chyba trzy psy. Nawet naprzeciwko naszego pokoju miałyśmy sąsiadkę z dużą huszczaczką. 🙂 Gdyby ktoś poszukiwał psiolubnego noclegu w Jantarze, to zdecydowanie polecam Pokoje Gościnne Familia.

Naszymi miejscami spacerowymi głównie był okoliczny las (a uwierzcie – jest gdzie chodzić!) i plaża. Powiecie, że nic odkrywczego, w końcu pojechałyśmy nad morze. Wodospadu Niagara spodziewać się tam nie możemy. 😛 Ale nie miałyśmy z Mamą jakiegoś ciśnienia czy potrzeby jeżdżenia i wyszukiwania atrakcji, skoro nam wystarczał zwyczajny spacer po mieście dla urozmaicenia. 😉

Niestety okazało się, że restauracja, która była ostatnio otwarta poza sezonem, tym razem była zamknięta i na zupę rybną byłyśmy zmuszone jeździć do Stegny (z czystym sumieniem mogę Wam polecić smażalnię ryb “Wiking” przy plaży. My z Freyą nie chodziłyśmy na obiady, ale widziałam, że kilka osób było tam z psami). Tam nie było problemu z restauracjami, kawiarenkami czy sklepami, ale umówmy się, że Stegna to większe miasto. 😉

A co z tego wszystkiego miała Freya?

Dużo stresu w dniu przyjazdu i pierwszej nocy (nowe miejsce, zapachy, otoczenie, obcy ludzie na korytarzu i o dziwo nie wracamy tak szybko do domu). Jednak każdego dnia udowadniała sobie i nam, że nie ma czego się bać. Kiedy trzeba było dostawała od nas wsparcie, miała ochotę to drzemała, rytm dnia tylko nieznacznie się zmienił, co też dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Patrząc z perspektywy czasu, stwierdzam, że ten wyjazd bardzo dużo jej dał.

Na plaży Freya odkryła w sobie pokłady chęci (a to w jej przypadku bardzo dużo) i energii do biegnięcia przed siebie z człowiekiem obok. To była jedna z lepszych zabaw. Na plaży ewidentnie się wyluzowała, odzyskiwała pewność siebie i bawiła się na całego. Na całe moje i jej szczęście, nie wpadła na głupi pomysł skąpania się w zimnym morzu. Choć łapy przypadkiem zmoczyła dwa razy. 🙂 W lesie zamieniała się w wytrawnego wędrowca, co to żadnej przeszkody się nie boi. Wspinała się na górki, wskakiwała po korzeniach drzew, odpoczywała na miękkim mchu.

Miałyśmy również okazję natknąć się na jeźdźców w lesie (choć Mama bardzo chciała zobaczyć konie na plaży) i zaskoczyłyśmy dwa lisy naszą obecnością, gdy wracałyśmy z wieczornego spaceru znad morza. Ale spotkanie z końmi było ciekawsze, głównie dlatego, że Freya się ich boi. Co by jej nie było smutno, jeden z napotkanych rumaków bał się linki przyczepionej do jej szelek. I gdy tylko Freya zamarła, koń spokojnie przeszedł dalej za swoją grupą w kierunku plaży. Nie jestem pewna czy to czegoś ją nauczy, ale już wtedy zauważyłam zmniejszoną reaktywność i uciekanie na to czego się boi. Czyżby powoli układało jej się coś w główce? 😀

 To jak to było z tym Sylwestrem?

Oczywiście w Jantarze również były fajerwerki. Strzały zaczęły się o 23:55 i skończyły dziesięć minut po północy. I tyle. Puszyste zwierzątko ogarnęło, że coś się działo 10 minut po całym zajściu i dopiero wtedy zaczęła się stresować. Brawo Freyu.

Jeżeli chodzi o wystrzały w inne dni, to owszem były. Pojedyncze, sporadyczne, przez Freyę niezauważalne. Ale oczywiście, pies, który jest bardziej czuły na takie rzeczy może się stresować i próbować uciec, gdzie pieprz rośnie.

Mimo początkowych stresów Freya wyniosła z wyjazdu dużo nowych informacji o sobie i o nas. Nabrała trochę pewności siebie, nauczyła się nowych rzeczy i pogłębiłyśmy naszą więź. Dalej stawiamy czoło różnym strachom, ale po powrocie do domu ewidentnie lepiej mi się z nią pracuje.

***

Jak Wy spędziliście Sylwestra? Zostaliście w domu czy wyjechaliście w totalna głuszę? Byliście kiedyś w Jantarze? A może polecacie inne psiolubne miejsce nad morzem? 🙂

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o